I drzewa mają swą wigilię… W najkrótszy dzień Bożego roku, Gdy błękitnieje śnieg o zmroku: W okiściach, jak olbrzymie lilie, Białe smereczki, sosny, jodły, Z zapartym tchem wsłuchane w ciszę, Snują zadumy jakieś mnisze Rozpamiętując święte modły. Las niemy jest jak tajemnica, Milczący jak oczekiwanie, Bo coś się dzieje, coś się stanie, Coś wyśni się, wyjawi lica. Chat izbom posłał las choinki, Któż jemu w darze dziw przyniesie Śnieg jeno spadł na drzewa w lesie, Dłoniom gałęzi w upominki. Las drży w napięciu i nadziei, Niekiedy srebrne sfruną puchy I polatują jak snu duchy… Wtem bić przestało serce kniei, Bo z pierwszą gwiazdą niebo rozłogów, A z gęstwiny, rozgarniając zieleń, Wynurza głowę pyszny jeleń Z świeczkami na rosochach rogów…
Górą białe konie przeszły, trop dymiący w kłębach stanął, w gwiazdach płonąc cicho trzeszczy wigilijne siano. Spoza gór czy sponad ziemi anioł biały? kruchy mróz? starcy w niebo nachyleni? Anioł biały szopkę niósł. * Zamknąć tak – to ironicznie – w daszek gwiazdom pobielany, płomień wieków i człowieka w tekturowe cztery ściany. Zamknąć tak – to z odległości – w dwie figurki – czarną, białą, rozdeptanych epok kości i spalone żądzą ciało. * W naprężone kusze burz anioł biały – szopkę niósł. * A figurki w męce gasnąc coraz słabły, zanikały w napowietrzną gwiazdy jasność, tekturowo – popielały. Śmiał się anioł półuśmiechem z ich uporu, a nie grzechu, że tak jedni – choć ich stu. * Anioł biały szopkę niósł. * Aż na grudzie stopą lekką stanął niby mgłą i skałą i koślawe, głodem ścięte ujrzał w grudę wbite – ciało, żeber czarnych łuki spięte, poskręcane rydle rąk, brzuch jak bęben życia – wzdęty, brzuch zsiniały, brzuch jak tłok, i zawrócił. W nieba plusk poczerniałą szopkę niósł. 2 XII 41 r.
Aniołowie, aniołowie biali, na coście to tak u żłobka czekali, po coście tak skrzydełkami trzepocząc płatki śniegu rozsypali czarną nocą? * Czyście blaskiem drogę chcieli zmylić tym przeklętym, co krwią ręce zbrudzili? Czyście kwiaty, srebrne liście posiali na mogiłach tych rycerzy ze stali, na mogiłach tych rycerzy pochodów, co od bata poginęli i głodu? * Ciemne noce, aniołowie, w naszej ziemi, ciemne gwiazdy i śnieg ciemny, i miłość, i pod tymi obłokami ciemnemi nasze serce w ciemność się zmieniło. * Aniołowie, aniołowie biali, o! przyświećcie blaskiem skrzydeł swoich, by do Pana trafił ten zgubiony i ten, co się oczu podnieść boi, i ten, który bez nadziei czeka, i ten rycerz w rozszarpanej zbroi, by jak człowiek szedł do Boga-Człowieka, aniołowie, aniołowie biali.
Matce I zbudzili go nagle. Był to głos z daleka. Umarłego lat tyle któż by zbudził z Boga jak ze snu, by jak kropla ciążył znów ku ziemi i cierpieniem, co myślą żywego człowieka, jak ciałem okrył i sprowadził w dół? Już opadał. Mgła nisko. Obłok śniegu w dole. Od światła oderwany, w czarnoksięskim kole, w kole głosu wirował, aż usłyszał z bliska, aż go nazwała po imieniu. Śliska ulica w śniegu nikła. Grajek zginał piłę i cienki głos przeszywał i oddalał czas – jak w tamten wieczór śmierci. Już był u tych okien. Stół biały, wigilijny, posypany mrokiem i ona tam samotna. Płomień śniegu gasł od chłodu, który przyniósł, i powiew westchnienia zatrzepotał, i stanął znów u jej ramienia jak w tamten wieczór śmierci. „Mój miły – mówiła – oto samotność moja, łzy i tych łez siła, co cię do mnie prowadzi”. pytał ciężko: „Co, co mi każe powracać w ołowiane dno, na samo dno milczenia, na ziemię, w popioły?” „0 miły, ukochany – mówiła; wspomniała: – Ty duch, ty nie pamiętasz o cierpieniu ciała. już nie ma naszych synów, Krew ich wsiąka w śnieg. Możeś widział ty serca ich na ulic bruku, możeś widział schodzących na umarły brzeg, a może roztrzaskaną matki siwą głowę? Dzisiaj przyszła godzina, zabierz serce moje, obroń mnie, od dotknięcia ich jakeś mnie bronił”. Pokój spełniał się świtem. Na ulicy dzwonił dzwonek u małych sanek. Ciemni, trzej, schyleni, długo szukali w szafie. Jeden złożył dłoń na jej ramieniu sztywnym. Wtedy się ukosem obsunęła powoli; brzask jej zwilżył włosy i strumyk chłodnej ciszy popłynął przez skroń. Zamilkli. Ona była z nim, daleko, chyba dalej niż każda miłość. Ostry szron na szybach skrzył się. Ruszyli z wolna, lęk ich biały zmroził i czarny krzyż ze ściany jak milczenie – groził. Było wysoko, cicho jak w kościele.
Spuśćcie rosę, niebiosa, duchy nieobjęte, i sztaby blasku białe, zwiastujące pieśni, żeby, co żyje — życiem nie było przeklęte i stało się jak światło w ciele — nie cielesne.
Spuśćcie rosę, niebiosa, fale mórz złotawe i szczerość oczu, która jak zwierzęca — czysta, a jeśli dzień — niech rośnie jak kolumny trawa, a jeśli noc — niech będzie już noc wiekuista.
Spuśćcie rosę, niebiosa, rozróżnienie czynów, i krople takie jasne, by koroną było to, co jest nazywane za potęgę — miłość i przez niedopełnianie pozostaje winą.
Spuśćcie rosę, niebiosa — kręgi żywe świateł na głowy pochylone, by to, co jest mądrość, nie odchylało na dół jak po płatku płatek ludzi do głuchych studni i pożogi lądów.
Spuśćcie rosę, niebiosa, aby elementy, które są ku świętości, uczyniły świętym i podsycane duchów płomieniem, powstały jak łodygi wzrastania i owoce chwały, a opadając liśćmi zwycięstwa jak złoto, lot uczyniły dla nas albo nas dla lotu. Wielkanoc — kwiecień 1942 r.
O Ty którego zowią jasnością najwyższą, Darem Boga Najwyższego, Źródłem Żywym, ogniem, miłością I duchownym balsamem.
Ty, siedmioraki w darach, Któryś jest palcem prawicy bożej, Wedle obietnicy Ojca Wzbogacający mową usta.
Zapal światłość w zmysłach, Wlej miłość w serca. Dolegliwości naszego ciała Twoją siłą pokrzep.
Nieprzyjaciela odpędź daleko, Pokojem udaruj rychło, Za Toba, idąc jak za wodzem, Obyśmy uniknęli wszelkiej szkody.
Daj, abyśmy przez Ciebie pojęli Ojca, I uznali Syna, I uwierzyli na zawsze w Ciebie Ducha, Od obydwu pochodzącego.
Niech będzie chwała Ojcu, chwała Synowi I równa chwała Tobie, Duchu! Za którego natchnieniem Myśl ludzka świeci się i płonie świętymi ogniami.
(Adam Mickiewicz)
Zstąp Gołębica, Twórczy Duch, byś myśli godne wzbudził w nas, ku Tobie wznosim wzrok i słuch, spolnie żyjący, wzrośli wraz. Który się zwiesz Biesiadą dusz, Wszechmogącego Boży dar, płomieniem duszom piętno włóż, przez czułość serc, zdrój żywy, żar. Zbrój nas we siedem darów łask, Prawicą Ojca ojce wskrzesz, w Obrzędzie roztocz wieszczy blask, we Słońce dusze w lot Twój bierz. Zestąp Światłości w zmysłów mrok, dobądź serc naszych zapał z łon, by człowiek przemógł cielska trok i mocen wzniósł się w męski ton. Odwołaj wroga z naszych dróg, w pokoju pokój zbawczy nam, powiedziesz nas Wieszczący Bóg, przejdziemy cało złość i kłam. Zwól przez Cię w Tobie Ojca znać, zwól, by był przez Cię poznan Syn, zwól w Tobie Światłość światu dać, zwól z Wiarą wieków podjąć CZYN.
3. Ty darzysz łaską siedmiokroć, * Bo moc z prawicy Ojca masz,
Przez Ojca obiecany nam * Mową wzbogacasz język nasz.
4. Światłem rozjaśnij naszą myśl, * W serce nam miłość świętą wlej
I wątłą słabość naszych ciał * Utwierdź stałością mocy twej.
5. Nieprzyjaciela wygnaj precz * I pokój daj po wieczny czas.
Niech pod wytrwałą wodzą twą * Ominie wszelka szkoda nas.
6. Daj nam przez Ciebie Ojca znać, * Daj, by i Syn poznany był,
I byśmy Duchem Obu Ich, * Wierzyli w Ciebie z całych sił.
7. Bądź Bogu Ojcu chwała, cześć, * Synowi, który z martwych wskrzesł,
I Temu, co pociesza nas, * Po wieczność, której obcy kres. Amen.
(Leopold Staff)
Przyjdź, Duchu Święty, zginając (albo nie zginając) trawy, ukazując się (albo nie) nad głową językiem płomienia, kiedy sianokosy albo kiedy na podorywkę wychodzi traktor w dolinie orzechowych gajów, albo kiedy śniegi przywalą jodły kalekie w Sierra Nevada. Jestem człowiek tylko, więc potrzebuję widzialnych znaków, nużę się prędko budowaniem schodów abstrakcji. Prosiłem nieraz, wiesz sam, żeby figura w kościele podniosła dla mnie rękę, raz jeden, jedyny. Ale rozumiem że znaki mogą być tylko ludzkie. Zbudź więc jednego człowieka, gdziekolwiek na ziemi (nie mnie, bo jednak znam co przyzwoitość) i pozwól, abym patrząc na niego podziwiać mogł Ciebie.