Górą białe konie przeszły, trop dymiący w kłębach stanął, w gwiazdach płonąc cicho trzeszczy wigilijne siano. Spoza gór czy sponad ziemi anioł biały? kruchy mróz? starcy w niebo nachyleni? Anioł biały szopkę niósł. * Zamknąć tak – to ironicznie – w daszek gwiazdom pobielany, płomień wieków i człowieka w tekturowe cztery ściany. Zamknąć tak – to z odległości – w dwie figurki – czarną, białą, rozdeptanych epok kości i spalone żądzą ciało. * W naprężone kusze burz anioł biały – szopkę niósł. * A figurki w męce gasnąc coraz słabły, zanikały w napowietrzną gwiazdy jasność, tekturowo – popielały. Śmiał się anioł półuśmiechem z ich uporu, a nie grzechu, że tak jedni – choć ich stu. * Anioł biały szopkę niósł. * Aż na grudzie stopą lekką stanął niby mgłą i skałą i koślawe, głodem ścięte ujrzał w grudę wbite – ciało, żeber czarnych łuki spięte, poskręcane rydle rąk, brzuch jak bęben życia – wzdęty, brzuch zsiniały, brzuch jak tłok, i zawrócił. W nieba plusk poczerniałą szopkę niósł. 2 XII 41 r.
Cytowałem już na tym blogu, co o Bożym Narodzeniu pisali Jan Tauler i Divo Barsotti. Dziś przyszła pora na nauczyciela duchowości, którego pisma odkryłem całkiem niedawno i jestem zachwycony.
Aniołowie, aniołowie biali, na coście to tak u żłobka czekali, po coście tak skrzydełkami trzepocząc płatki śniegu rozsypali czarną nocą? * Czyście blaskiem drogę chcieli zmylić tym przeklętym, co krwią ręce zbrudzili? Czyście kwiaty, srebrne liście posiali na mogiłach tych rycerzy ze stali, na mogiłach tych rycerzy pochodów, co od bata poginęli i głodu? * Ciemne noce, aniołowie, w naszej ziemi, ciemne gwiazdy i śnieg ciemny, i miłość, i pod tymi obłokami ciemnemi nasze serce w ciemność się zmieniło. * Aniołowie, aniołowie biali, o! przyświećcie blaskiem skrzydeł swoich, by do Pana trafił ten zgubiony i ten, co się oczu podnieść boi, i ten, który bez nadziei czeka, i ten rycerz w rozszarpanej zbroi, by jak człowiek szedł do Boga-Człowieka, aniołowie, aniołowie biali.
Matce I zbudzili go nagle. Był to głos z daleka. Umarłego lat tyle któż by zbudził z Boga jak ze snu, by jak kropla ciążył znów ku ziemi i cierpieniem, co myślą żywego człowieka, jak ciałem okrył i sprowadził w dół? Już opadał. Mgła nisko. Obłok śniegu w dole. Od światła oderwany, w czarnoksięskim kole, w kole głosu wirował, aż usłyszał z bliska, aż go nazwała po imieniu. Śliska ulica w śniegu nikła. Grajek zginał piłę i cienki głos przeszywał i oddalał czas – jak w tamten wieczór śmierci. Już był u tych okien. Stół biały, wigilijny, posypany mrokiem i ona tam samotna. Płomień śniegu gasł od chłodu, który przyniósł, i powiew westchnienia zatrzepotał, i stanął znów u jej ramienia jak w tamten wieczór śmierci. „Mój miły – mówiła – oto samotność moja, łzy i tych łez siła, co cię do mnie prowadzi”. pytał ciężko: „Co, co mi każe powracać w ołowiane dno, na samo dno milczenia, na ziemię, w popioły?” „0 miły, ukochany – mówiła; wspomniała: – Ty duch, ty nie pamiętasz o cierpieniu ciała. już nie ma naszych synów, Krew ich wsiąka w śnieg. Możeś widział ty serca ich na ulic bruku, możeś widział schodzących na umarły brzeg, a może roztrzaskaną matki siwą głowę? Dzisiaj przyszła godzina, zabierz serce moje, obroń mnie, od dotknięcia ich jakeś mnie bronił”. Pokój spełniał się świtem. Na ulicy dzwonił dzwonek u małych sanek. Ciemni, trzej, schyleni, długo szukali w szafie. Jeden złożył dłoń na jej ramieniu sztywnym. Wtedy się ukosem obsunęła powoli; brzask jej zwilżył włosy i strumyk chłodnej ciszy popłynął przez skroń. Zamilkli. Ona była z nim, daleko, chyba dalej niż każda miłość. Ostry szron na szybach skrzył się. Ruszyli z wolna, lęk ich biały zmroził i czarny krzyż ze ściany jak milczenie – groził. Było wysoko, cicho jak w kościele.
Święta Bożego Narodzenia, które są już za tydzień, będą dla wielu ludzi momentem wielkiej zadumy i głębokich refleksji. Nawet jeśli wiara ich jest powierzchowna, będą sięgać do najistotniejszych symboli chrześcijańskich przy łamaniu opłatka, przy ozdabianiu drzewka czy przy spożywaniu ryby wigilijnej. Opłatek wskazuje jakże wymownie na Chleb Eucharystii. Drzewko pelne ozdób przypomina rajskie „drzewo poznania dobra i zla” (Rdz 2, 17), które „ma owoce dobre do jedzenia i jest rozkoszą dla oczu” (Rdz 3, 6), drzewo kuszenia i upadku, zapowiadające zwycięskie drzewo krzyża, na którym zawisło Zbawienie świata. „Ryba”, ichthys, znaczy w skrócie: Jezus Chrystus, Syn Boży, Zbawiciel.
Żarcik powyższy pochodzi z książki „Allgemeiner litterarischer Anzeiger oder Annalen der gesammten Litteratur für die geschwinde Bekanntmachung verschiedener Nachrichten aus dem Gebiete der Gelehrsamkeit und Kunst” wydanej w Lipsku w 1800 rouku, w której to taka metoda odmawiania brewiarza przypisana jest właśnie jezuitom. Oto karta z tej książki:
Jak widać, autor polskiej wersji tekstu przekręcił notum na totum, w związku z czym zniekształcił sens tekstu. Zaczerpnął ten błąd od anonimowego autora protestanckiej broszurki „The Protestant confederate and mirror of truth” z1836 roku:
Pierwotnie ten żart miał więc kontekst antykatolicki, ale z czasem go utracił.
P.S.
Zwrócono mi uwagę, że brakuje tercji. Mam też wersję z tercją, tyle, ze dość późną, pochodzącą z 1847 roku z książki Petite encyclopédie ecclésiastique, contenant ce qu’il importe le plus au curé de connaître sur la jurisprudence ecclésiastique, l’archéologie chrétienne, la liturgie, l’éloquence sacrée, l’administration et l’achat du matériel et du mobilier des églises, l’économie domestique, l’agriculture, la médecine usuelle, l’enseigmenent complet, les écoles
Zatrzymajmy się przez chwilę nad tym pytaniem o sprawę najważniejszą w naszym życiu. Zadajmy je sobie wyraźnie: czy ja naprawdę czekam na Boga i przygotowuję sie na Jego przyjście? Może nam pomoże w uchwyceniu wagi tej sprawy kilka pomocniczych pytań. Przypatrzmy się ludziom czekającym na coś. Na egzamin, na dyplom, na nominację. Na przyiazd kogoś ukochanego, na dzień ślubu. Na wyjście ze szpitala, na sąd. Na klucze do nowego mieszkania, na zdjęcie katarakty z oczu, na wolność, na dzień śmierci… W tym ostatnim kontekście dobrze powiedzieć na dzień Życia. Czy „jak spękana, zeschła ziemia” na wodę, jak pustynia na deszcz, jak głodny na chleb? Te pytania brzmią jak poezja, choć są wydzierane żywcem z naszego wnętrza. Wszyscy na coś czekamy,wszyscy jeszcze czegoś chcemy, wszystkim nam jeszcze czegoś brakuje.
Ojciec Ludwik Thomas Merton OCSO zginął tragicznie 10 grudnia 1968 roku. W rocznicę jego śmierci przypominam, co pisałem o ostatniej książce, którą osobiście dokończył i przygotował do druku. Po niej był jeszcze tylko „Dziennik azjatycki”, z oczywistych powodõw nieukończony.
I kolejna książka religijna na mojej tegorocznej liście lektur. Znów związana z mistyką katolicką, choć tym razem nie kobiecą, ale raczej męską, a przedewszystkiem monastyczną. W ogóle jednak nie należy zbyt ostro rozgraniczać nurtów w mistyce katolickiej. Męska, czy kobieca, monastyczna, czy karmelitańska, mistyka katolicka jest de facto jedna.
„Modlitwa kontemplacyjna” Tomasza Mertona jest praktycznym przewodnikiem medytacji chrześcijańskiej. Nie skupia się jednak na technikach medytacyjnych, ale na problemach towarzyszących modlitwie wewnętrznej. Pokazuje, co jest w tej praktyce potrzebne, a co szkodliwe. Zawiera liczne cytaty chrześcijańskich mistyków różnych epok. Jest więc także wskazówką do dalszych lektur.
Jest to ostatnia książka dokończona przez Mertona. Zarzuca się mu niekiedy, że pod koniec życia odszedł od wiary katolickiej. Ta książka obala te teorie. Jest bowiem na wskroś katolicka, stuprocentowo prawowierna. Uważam, że jest też jedną z najpożyteczniejszych lektur dla współczesnych medytujących katolików. Polecam ją wszystkim, którzy pragną praktykować modlitwę wewnętrzną.
„Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, który wybral nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z milości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa” (por. Ef 1, 3-5). Otóż właśnie Bóg chcąc urzeczywistnić ten plan, daje swojego Syna ludziom, którzy uciekli i uciekają nadal, jak Adam w raju. I w tej ucieczce nie widzą wyraźnie, kim jest człowieki kim ma być człowiek. Ukazuje więc w środku dziejów model dojrzałego człowieka. Model człowieka przybitego do krzyża, do drzewa zycia, które puszcza liście w zmartwychwstaniu. A Chrystus oderwany od krzyża wstępuje do chwały Ojca iz stawia na zawsze to drzewo rajskie w środku tego świata jako zapowiedź i drogę do zmartwychwstania, Stat crux, volvitur orbis.
Veni, veni Emmanuel, * captivum solve Israel, * qui gemit in exsilio, * privatus Dei Filio. Refren: Gaude, gaude, Emmanuel * nascetur pro te, Israel.
Veni, veni, Rex Gentium, * veni, Redemptor omnium, * ut salvas tuos famulos * peccati sibi conscios. Ref.
Veni, veni o Oriens, * solare nos adveniens, * noctis depelle nebulas, * dirasque mortis tenebras. Ref.
Veni, Clavis Davidica, * regna reclude caelica, * fac iter tutum superum, * et claude vias inferum. Ref.
Veni, o Iesse Virgula, * ex hostis tuos ungula, * de specu tuos tartari * educ et antro barathri. Ref.
Veni, veni, Adonai, * qui populo in Sinai * legem dedisti vertice * in maiestate gloriae. Ref.
Veni, o Sapientia, * quae hic disponis omnia, * veni, viam prudentiae * ut doceas et gloriae. Ref.
„Przyjdź, przyjdź, Emmanuelu” (łac. Veni, veni, Emmanuel) to chorał gregoriański oparty na proroctwie biblijnym z Księgi Izajasza 7:14, które mówi, że Bóg da Izraelowi znak, który będzie nazywał się Emmanuel (dosł.: Bóg z nami). Hymn jest oparty na siedmiu antyfonach adwentowych, zwanych także antyfonami wielkimmi lub antyfonami O (O Sapientia, O Adonai, O Radix, O Clavis, O Oriens, O Rex, O Emmanuel), których incipity tworzą słowo SARCORE, które odczytywane wspak brzmi Ero Cras, czyli przyjdę jutro. Nie jest więc zaskoczeniem, że w naszym hymnie zwrotki są ułożone odwrotnie. Początki hymnu nie są znane. Według jednych źródeł pochodzi z VIII wieku, według innych z XII. Najstarszy znany zapis, jako francuskiej wersji procesyjnej pochodzi z XV wieku, a wersja zbliżona do obecnej z XVIII wieku. Pieśń jest bardzo popularna w krajach anglosaskich, zarówno w oryginale, jak i w przekładzie łacińskim. (Źródła: wikipedia i Śpiewnik Kościelny)
Nie ma, jak dotąd dobrego przekładu polskiego. Istniejące są niekompletne i niedokładne, jak np. ten:
1.O przyjdź na świat, nasz Zbawicielu I okup Ojcu złóż za wielu. Pragniemy z Tobą żyć, Panie, Spraw to w dniu zmartwychwstania.
Ref. Radość będzie, Odkupicielu, Gdy przyjdziesz zbawić ludzi wielu.
2. O, przyjdź na świat Mądrości wieczna, Do nieba drogę wskaż skuteczną. Napełnij dusze mądrością, Ubogać nas swą roztropnością.
Ref. Radość będzie, Odkupicielu, Gdy przyjdziesz zbawić ludzi wielu.
O, Przyjdź pragnienie tego świata, Spraw niechaj w każdym widzę brata. W miłości nas pojednaj zdroju, Tyś bowiem jest Królem Pokoju.
Ref. Radość będzie, Odkupicielu, Gdy przyjdziesz zbawić ludzi wielu. Śpiewnik Kościelny
Czy ten:
Emmanuelu, przyjdź, Uwolnij lud Swój, Izrael, Który z wygnania zrodził się, Wybranym synem Boga staje się. Ref.: Gaude, gaude Emmanuel Nascetur pro te Israel! Przybądź, przybądź, o Wschodzie Słońca, zstąp, Przyjdź, pociesz w smutku Swój wybrany lud, Odpędź i usuń nocne mgły, Niech świałość Twa rozjaśni nocy mrok. Ref.: Gaude, gaude Emmanuel Nascetur pro te Israel! Przybądź, przybądź, O! Adonai, Zejdź w majestacie chwały Swej, Racz słowa prawdy ludziom dać, Ty, któryś na Synaju prawo dał. Ref.: Gaude, gaude Emmanuel Nascetur pro te Israel Śpiewnik Kościelny
Albo ten:
Och przyjdź, och przyjdź Emanue – elu
d C Ais d d
Z niewoli, by wykupić naród Swój
g Ais d Ais C C
Niech każdy Cię rozpozna w Izrae – e – elu
d Ais C d d
Niech tryśnie z Twego serca życia-a zdrój.
C d C a d
Ciesz się! ciesz się! o Izrae-elu
d Ais C Ais7+ d d
Narodził się Ema-a-nu – uel
C d C a d
Simchu! Simchu! Ema-a-nu-uel
d Ais C Ais7+d
Yavo lachem b’nei Yi-i-israel.
d Ais C d d
Och przybył, przybył Emanu – uel
d C Ais d d
Z niewoli, by wykupić Izrael
g Ais d Ais C C
Co jęczy pod ciężarem swoich wi-i-i-in
d Ais C d d
Aż wreszcie się objawi Boży-y Syn.
Może na przyszły rok sam spróbuję dokonać przekładu. Nie chciałem robić tego już do tego wpisu, aby nie powstawał na kolanie.